"Xięga bałwochwalcza" Brunona Schulza / Wycinki z gazet

A w niej znalazłem wycinki z gazet z artykułem o Schulzu i ilustracjami jego prac. Artykuł, pióra Zbigniewa Chomicza, "Brunona Schulza mity powszednie" pochodzi z periodyku "Radar" (nr 2 [417], 13 stycznia 1983); pełny tekst znajduje się poniżej:

"Brunona Schulza mity powszednie" (Radar, 13.01.1983).

"Tworzywem, którym Schulz operował najpewniej, dzięki któremu mógł w tak przekonujący sposób odtworzyć dla nas swój wewnętrzny świat - było Słowo. Ale zanim sięgnął po pióro, przed słowem, przed literaturą byt rysunek. Rysował - jak się zwierza! od dziecka, kompensując sobie w ten sposób nieśmiałość, lęki i własną inność. Sceny, które tworzył na kartkach bristolu nawiązywały tak jak później w „Xiędze Bałwochwalczej" - do znanych mitów i bajek, wpisanych jednak w kontekst autentyczny, w drohobycką scenerię z jej krzywymi, drewnianymi domkami, podwórkami pełnymi zakamarków, z jej pretensjonalnym rynkiem i uliczkami żydowskiej biedoty, z całą barwnością wreszcie jej mieszkańców. Ten prowincjonalny ethos przepuszczony był oczywiście przez wewnętrzny -świat Schulza, przez pryzmat jego wrażliwości, wspomnień i pragnień. Już w latach gimnazjalnych pojawiają się w rysunkach autora „Wiosny" motywy erotyczne, mocno podszyte masochizmem pojawia się cała plejada władczych kobiet i skarlałych, czołgających się u ich stóp mężczyzn. W „Xiędze Bałwochwalczej" (cykl grafik powstały w latach 1920-21) bohaterki prac Schulza nazywają się Circe czy Infantka, nie są to jednak postacie z mitologii greckiej czy historii, ale z drohobyckiego światka - kobiety, w których się podkochiwał, o których marzył, przed którymi się korzył. Również w późniejszych rysunkach, prostszych, pozbawionych naleciałości młodopolskich, występują te same smukłonogie, obnażone kobiety dające się uwielbiać karłom, z których jeden ma zawsze twarz samego Schulza. „Środkiem gnębienia mężczyzn przez kobietę - Pisał o tych rysunkach jeden z pierwszych wielbicieli twórczości Schulza Witkacy - jest u niego noga, ta najstraszliwsza, prócz twarzy i pewnych innych rzeczy, część kobiecego ciała. Nogami dręczą, depczą, doprowadzają do ponurego, bezsilnego szału (...) skarlałych, spokorniałych w erotycznej męce, upodlonych i W tym upodleniu znajdujących najwyższą, bolesną rozkosz - mężczyzn - pokrak. Jego grafiki to poematy okrucieństwa nóg".

"Jego grafiki to poematy okrucieństwa nóg" - Witkacy.

Oczywiście, nie cała twórczość Schulza ma podłoże erotyczne. Dziecięca, intymna mitologia i magia autora „Sklepów cynamonowych" prezentowana jest w rysunkach stanowiących ilustracje do jego opowiadań, przede wszystkim tomu „Sanatorium pod klepsydrą". I tu również pojawia się autentyczna, acz zdeformowana po-stać samego Bruno jako syna - Józefa, jego ojca - herezjarchy Jakuba, oraz krewnych i znajomych Schulza, a także charakterystycznych w Drohobyczu postaci - takich jak wariatka Tłu-ja, czy. półgłówek Dodo. Rysunki Schulza, podobnie jak jego proza („Na Pytanie czy w rysunkach moich przejawia się ten sam wątek co w prozie - pisał w jednym z listów - odpowiedziałbym twierdząco.  Jest to ta sama rzeczywistość, tylko różne jej wycinki. Materiał, technika działają tutaj jako zasada selekcji. Rysunek zakreśla ciaśniejsze granice swym materiałem niż proza.") ukazują to, co cytowany już tutaj Witkacy uważał za najważniejsze dla sztuki: dziwność istnienia. Schulz nie tworzy nowej, sztucznej rzeczywistości - odkrywa jedynie nieznane i nieuświadamiane oblicze rzeczywistości istniejącej, jest poszukiwaczem ukrytych znaczeń powszedniości, Drohobycz w jego rysunkach to Drohobycz prawdziwy i fantastyczny jednocześnie, to miasto, gdzie mit i autentyk splatają się w jeden węzeł.


Jak już się powiedziało, rysunek był dla Schulza wcześniejszą od literatury fermą wypowiedzenia się twórczego. Wcześniejszą i kontynuowaną przez cale życie. Schulz zajmował się rysowaniem nic tylko z wewnętrznej potrzeby, ale i dla chleba. Przez blisko 18 lat, począwszy od roku 1924, uczył rysunku i robót ręcznych w drohobyckim Państwowym Gimnazjum im. Władysława Jagiełły, tym samym, w którym zdawał egzamin maturalny. Uczył i w innych szkołach, a w okresie, gdy Drohobycz zajęły wojska radzieckie dorabiał rysowaniem portretów oficjalnych osobistości i dekorowaniem sal na akademie. Tej pracy nie traktował nigdy poważnie. Była to tzw. życiowa konieczność, w ostatnich miesiącach życia, już pod okupacją niemiecką, gdy za rysunki otrzymywał chleb, konieczność życiowa w sensie dosłownym. Rysunki liczące się na-prawdę, znaczące artystycznie, powstawały rzadkich, wolnych od życiowej mitręgi chwilach, w „czasie kradzionym". Znamy jedynie część rysunków i grafik Schulza. Jaką? Trudno powiedzieć, bo nie wiadomo, co przepadło w tekach, które przekazał znajomym z aryjskiej strony pod koniec swego pobytu (zastrzelony został 19 listopada 1942 roku) w drohobyckim getcie. To, co ocalało to przede wszystkim zestaw grafik „Xięgi Bałwochwalczej" oraz rysunki do opowiadań. Jest to wiele i Mało zarazem. Mało w porównaniu z zaginioną całością, wiele, gdy bierze się pod uwagę wartość plastyczną i oryginalność wizji tych prac zatrzymujących dla nas jakąś cząstkę zaginionego schulzowskiego czasu." ZBIGNIEW CHOMICZ  (Radar", nr 2 [417], 13 stycznia 1983)

Autor: Maciej Barski

Tagi:
  • bruno schulz